1. pl
  2. en

„Stinger"

W każdej cząstce zła jest cząstka dobra, każde brzydkie kaczątko ma w sobie coś pięknego.., a co było w Hyundaiu Pony, Kii Sephia czy Enterprise? NIC. Takie i inne twory przemierzały drogi całej Europy jeszcze pod koniec lat 90. Wielokrotnie zastanawiałem się co skłaniało potencjalnych użytkowników do zakupu tych samochodów i do dnia dzisiejszego nie znam odpowiedzi na to pytanie. Kia i Hyundai błąkały się po schyłku XX wieku gnębione przez japońską konkurencję, która w tamtych czasach była nadzwyczaj silna. Mocnym argumentem tych wozów była cena, ale na tym lista zalet w zasadzie się kończyła.., no może poza tym, że nie padało na głowę i podróż wyglądała lepiej niż Polonezem, ale to na serio tyle. Podejrzewam, że Koreańczycy wiedzieli o tym, że jeśli za chwilę nic się nie zmieni to konkurencja „wystrzeli ich z palca w kosmos” na stałe. Osobiście kilka razy w życiu miałem okazję przejechać się jako pasażer Hyundaiem Pony i powiem szczerze, że przestawałem na chwilę lubić samochody co mnie bardzo przerażało dlatego sam osobiście byłem za tym żeby Hyundai i Kia skupiły się na produkcji pralek, suszarek i odtwarzaczy kuchennych, a nie pojazdów. Prawdziwy przełom nastąpił w 2006 kiedy światło dzienne ujrzał model Ceed. Moim zdaniem ten samochód dokonał cudu dlatego, że na zawsze zmienił wizerunek marki, która wcześniej uważana była za żart na czterech kołach. Kia Ceed miała trudne zadanie i na początku postrzegana była jako koń trojański, ale po niedługim czasie coraz większa rzesza kierowców wypowiadała się pozytywnie o tym samochodzie, który bronił się sam ponieważ całkiem nieźle jeździł, był ładny i bezawaryjny czego nie można było powiedzieć o japońskich samochodach na początku nowego milenium. Kia miała jeszcze jeden mocny argument, a mianowicie 7 letnią gwarancję, która wydawała się czymś nierealnym w tamtych czasach. Do dzisiaj nie wiem czy Koreańczycy tak naprawdę zagrali va-banque czy po prostu tak bardzo byli pewni swoich produktów. Jedno jest pewne.., z pomocą przyszli Niemcy, a Kia Ceed była pierwszym autem w całości zaprojektowanym, zbudowanym i sprzedawanym na starym kontynencie. Korea poszła za ciosem i zaczęła wypuszczać na rynek kolejne modele, które odnosiły nie mniejsze sukcesy i z całą pewnością już nikomu do śmiechu nie było, a wręcz na odwrót, ludzie zaczynali coraz bardziej przywiązywać się do marki. No właśnie, ale czy wszystko w tej całej opowieści jest tak kolorowe i doskonałe? Nie do końca. Moim zdaniem każdy nowy model nie wnosił nic nowego poza znaną już jakością wykonania i długą gwarancją, a gdzie chociaż odrobina emocji i szaleństwa?, czegoś więcej niż 1.2, 1.4, 1.6 czy zwykły diesel? Wielokrotnie wsiadając do Kii czy Hyundaia zauważałem tą samą nudę na kółkach, wciskasz gaz i nic, skręcasz kierownicę, łapiesz przechył i jakoś trzymając się drogi pokonujesz kolejny zakręt zamulony jak mnich podczas medytacji. Trzeba było zrobić odważny krok na przód tylko, że to wiązało się z dużym ryzykiem bo żeby grać na poważnie trzeba było zmienić ligę i przejść do ekstraklasy, a tutaj żarty się kończą bo konkurencja jest potężna. Z pomocą przyszli do Kii, albo Kia przyszła do Alberta Biermanna i Petera Schreyera, ludzi dobrze znanych w motoryzacyjnym świecie. Pierwszy z Panów pracował już w latach 80 w sportowym dziale M BMW gdzie jako inżynier brał udział w projektowaniu takich samochodów jak chociażby M3 E30. Pan Schreyer natomiast współtworzył Audi TT, którego wygląd jest ponadczasowy. Obaj Panowie połączyli siły, wzięli się do pracy i w 2017 roku pokazali samochód, który nie tylko miał ugryźć auta klasy premium, ale i godnie z nimi rywalizować. Tak oto narodził się Stinger, wóz będący rywalem BMW serii 4, Audi A5 sportback i VW Arteona. Szczerze mówiąc trochę bałem się Stingera i to nie z powodu jego osiągów bo przecież jeździłem już wieloma szybkimi i drogimi autami. Obawiałem się rozczarowania bo wiedziałem, że nie będę mógł tego wozu porównywać do chociażby Mondeo, Insigni czy Elantry tylko do samochodów ze znacznie wyższej półki...

 

Kia Stinger GT
14 kwietnia 2019

W sobotni poranek udałem się do salonu, w którym czekała na mnie najnowsza i najmocniejsza wersja Stingera (GT). Formalności zajęły chwilę, a ja w tym czasie wymieniałem pierwsze nieśmiałe spojrzenia z moim nowym, czerwonym towarzyszem podróży. Na pierwszy rzut oka ten liftback wydaje się ogromny, szczególnie na tle innych cywilnych samochodów stojących w salonie. Po chwili jednak dostrzegłem w tej muskularnej sylwetce znajome kształty, które podkreślając stylistykę nadwozia tego auta kojarzą mi się jednoznacznie z rozwiązaniami, które widywałem już wcześniej chociażby w samochodach BMW z pakietem stylistycznym M. Tylne światła naszej rakiety przywodzą na myśl nową Panamerę.., czyżby to Porsche wzorowało się na „Kiance”?, no w końcu Stinger został zbudowany wcześniej :) Podsumowując, całość to niezła stylistyczna Koreańsko- Niemiecko- Europejska robota. Środek tego wozu został naprawdę nieźle wykonany, a materiały użyte do wykończenia wnętrza są porządne i nie odbiegają jakością od tych, które możemy spotkać w niemieckich samochodach klasy Premium. Fotele w moim egzemplarzu zostały obszyte delikatną czerwoną skórą. Całość jest podgrzewana, wentylowana i regulowana elektrycznie na wszelkie możliwe sposoby (kąt nachylenia siedzenia, wysokość, podparcia boczne, pompki, wysuwane podnóżki, cuda, wianki i choinka), czyli wszystko to czego „DUSZA” zapragnie i to dosłownie. Pozycja za kierownicą jak dla mnie jest idealna, niewielka korekta ustawień fotela i wszystko jak na miarę uszyte, a do tego przed oczami widok analogowych zegarów z miłą dla oka sportową czcionką i białym podświetleniem, ahhh, żeby jeszcze wskazówka obrotomierza kręciła się do 8 tysięcy to w ogóle była by baśń Andersena. Monitor centralny nie należy do ogromnych, ale to nie powód dla którego nie przypadł mi on do gustu. Przyczyny są inne, a mianowicie nie ma żadnego touchpada, kółka, joysticka, ani niczego czym dało by się sterować funkcjami samochodu ręką opartą o podłokietnik. Żeby coś kliknąć trzeba zwyczajnie podczas jazdy wcelować paluchem w daną ikonkę na ekranie dotykowym. No ok, jest jak jest, ale żeby to zrobić o czym pisałem wcześniej trzeba oderwać plecy od fotela nachylając się w stronę ekranu... Mi osobiście podobają się monitory schowane w deskę rozdzielczą. Nie lubię jak coś wystaje ponad półkę nad konsolą środkową. Cała reszta jest ok, wszystko intuicyjne, potrzebne i działające. Nie znajdziemy tutaj ilości przycisków rodem z kokpitu myśliwca i to dobrze. Ma być praktycznie, solidnie, estetycznie.., i tak jest. Funkcje i możliwości konfiguracji nie są tak rozbudowane jak chociażby w Audi. Tutaj spokojnie podczas wolnej jazdy możemy „biegać” sobie po menu. Do ciekawszych funkcji, na które natrafiłem szperając w ustawieniach należą; możliwość sporządzania notatek głosowych, android auto i apple car play, bezprzewodowe ładowanie telefonu, możliwość odsłuchiwania muzyki z Youtube łącząc się hot spotem z autem. Fajną opcją jest możliwość utworzenia swojego menu wedle własnych potrzeb żeby nie brodzić w gąszczu funkcji, których i tak nie używamy. Teraz ciekawostka, zauważyłem, że Niemcy raczej niechętnie przyznają się do tego, że w ich supersportowych maszynach dźwięk silnika podbijany jest przy pomocy zestawu audio w pojeździe, a „Kianka”?, a jej to w ogóle nie przeszkadza czego dowodem jest możliwość ustawienia dźwięku silnika według własnego uznania; wyłączony, zminimalizowany, normalny, wzmocniony (wystarczy wejść w ustawienia dźwięku). Dosyć dużo funkcji dotyczących już ustawień samego pojazdu znajduje się na tablicy rozdzielczej. Przy pomocy przycisków z prawej strony na kierownicy możemy ustawić wyświetlacz przezierny (czyli to coś co wyświetla nam informacje jakby za szybą pojazdu przed nami), wspomaganie kierownicy, zamykanie drzwi, światła, ułatwienie wsiadania, asystenta jazdy wraz z innymi funkcjami związanymi z bezpieczeństwem na drodze. Jeżeli lubimy gadżety to znajdziemy kompas, wskaźnik przeciążenia, ciśnienie doładowania, temperaturę cieczy, komputer pokładowy itd., itp. Wszystko czytelne, ale niestety często opisane dziwnymi skrótami typu DAW, FCW, FCA, BCW i Daewoo (ten ostatni to oczywiście żart), ale te skróty są irytujące.

 

"Tam w rakiecie"

Stingera napędza sześciocylindrowa widlasta jednostka o pojemności 3.3 litra i mocy 370 koni mechanicznych. Cały zestaw sprzężony jest z ośmiostopniowym automatem za pośrednictwem którego napęd przenoszony jest na wszystkie cztery koła. Producent zadbał, aby największą robotę robiła tylna oś napędowa, która przekazuje aż 80% mocy i momentu obrotowego na koła, a to oznacza, że zapowiada się niezła zabawa. Oczywiście całym zestawem zarządza komputer, który jest w stanie rozdzielić moc i moment obrotowy w innej proporcji na poszczególne koła w zależności od warunków jazdy, w których przyszło nam się poruszać. Serce tej maszyny wprawiamy w ruch za pomocą przycisku Engine Start i do naszych uszu dobiega lekko chrapliwy dźwięk układu wydechowego. Do dyspozycji mamy pięć trybów jazdy, których niestety nie możemy konfigurować wedle własnego uznania. Ja wyzerowałem kompa i rozpocząłem podróż w trybie Eco (do wyboru mam jeszcze Smart, Comfort, Sport i Sport+). Jeszcze dobrze nie wyjechałem, a już miałem na ogonie kilku chętnych do wyścigów. Magia Stingera działa i to dobrze, ale ja nie mam w zwyczaju urządzać rajdów nierozgrzanym samochodem wokół kościoła więc odpuściłem temat. Układ kierowniczy to był pierwszy pozytywny element, na który zwróciłem uwagę podczas jazdy. Słyszałem kiedyś opinie, że jest sztuczny i gumowaty, ale ja osobiście uważam, że to nieprawda. Samochód precyzyjnie reaguje na każdy najmniejszy ruch, ale nie jest to uciążliwe i przesadzone, a za to bardzo przewidywalne. Zawieszenie w trybach eco i comfort pozwala na dosyć wygodną podróż, ale żeby to była kanapa rodem z S-klasy to bym nie powiedział. Jest wygodnie, ale gumowego pontonu się nie spodziewajcie. Silnik gdzieś sobie tam burczy w tle, ale dopóki go nie rozkręcimy to możemy o nim w zasadzie zapomnieć. Tak muskając sobie ten gaz „namuskałem” 10.6 ltr./100 km. Uważam, że to całkiem niezły wynik jak na samochód, który rozpędza się w 4.9s do pierwszej setki. Problem w tym, że mi się szybko taka podróż nudzi i nie mogę powstrzymać się od włączenia trybu Sport+. Pierwsze co usłyszałem to faktycznie podbity dźwięk silnika (szkoda, że to głośnik, a nie klapy w układzie wydechowym), zawieszenie wyraźnie się usztywnia, a skrzynia biegów redukuje bieg niżej i zaczyna się impreza:). Stinger ma odejście i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Wskazówka prędkościomierza wędruje szybko na dół, a ogranicza ją jedynie skrzynia biegów, która w ułamku sekundy i bez zawahania zmienia przełożenia. Jest sportowo, a wyprzedzanie to przyjemność. Jedyne czego nie odczułem to zmiana parametrów pracy układu kierowniczego, jak było tak jest, ale nie mam nic przeciwko bo jest po prostu dobrze. W trybie sport plus poruszały mi się plomby, a „zawias” miałem wrażenie, że na nierównościach dobija do końca.., jest twardo. Zbliżając się do pierwszego poważnego zakrętu trochę odpuściłem bo miałem cykora.., nie wiedziałem czego mogę się spodziewać po tym wozie, ale poszło gładko. Auto złożyło się w zakręt bez najmniejszych nerwowych oznak, które sugerowały by niedociągnięcia w pracy zawieszenia. Kolejna próba to już wciśnięty gaz i wyjście z zakrętu z otwartą przepustnicą i wiecie co? I dalej absolutnie nic, jak jakaś zabawa w „kto może więcej”. Zacząłem się zastanawiać o co chodzi bo ostatnio podobne wrażenia z jazdy miałem w całkiem niezłym Quattro. Wreszcie znalazłem kawałek wolnego i równego placu, na którym spróbowałem Stingera doprowadzić do białej gorączki i przyznam, że nie było to proste. Dopiero jak ostatni amator skręciłem mocno kierownicę i dodałem gazu wtedy na chwilę wyjechał mi tył, a ja poczułem, że auto zachowało się nerwowo. Naprawdę duże WoW, nie spodziewałem się, że będzie aż tak dobrze. Gdy już wracałem autostradą do bazy przytrafiła mi się ciekawa historia, a mianowicie widzę, że jedzie za mną nowa Skoda Superb, a kierownik tej jednostki trzyma się na moim ogonie wyraźnie prowokując. „Klient nasz Pan” pomyślałem i rozpocząłem leczenie. Wcisnąłem gaz do oporu i widzę w lusterku jak Skoda ginie gdzieś w oddali. Nie widząc sensu dalszej rozgrywki odpuściłem i po chwili widzę jak zdyszana Skoda z pełnym impetem nadciąga prosto z ciemności w moją stronę. Gdy już się zbliżał na pełnym gwizdku znowu dodałem gazu i zostawiłem chłopa na pastwę losu.., zmienił koncepcję i zjechał najbliższym zjazdem prawdopodobnie w stronę domu i dobrze bo ja też zapragnąłem już tylko podsumowania tego wspaniałego wozu :)

Czy kupiłbym Stingera GT? Szanowni Państwo, ten samochód jest naprawdę warty tych 240 tysięcy złotych, które trzeba na niego wydać. Nie wiem jak Kia to zrobiła, ale zrobiła.., zbudowała samochód, który nie tylko jest bardzo dobry w swojej klasie, ale moim zdaniem pretenduje do pozycji lidera w kategoriach jakość, cena, osiągi i zamieszanie w klasie Premium. Niestety to auto jest niedoceniane, a szkoda. Tak naprawdę jedyną rzeczą, która mogłaby spędzić mi sen z powiek to spalanie podczas ostrej przejażdżki. Dla Stingera 20 litrów na 100 kilometrów to nie jest problem. W moim całym teście auto spaliło 14.5 litra benzyny na 100 kilometrów, ale nie oszczędzałem sobie frajdy z jazdy. Czy jest coś co mnie drażni w tym samochodzie? Tak.., naklejki 7 lat gwarancji wszędzie gdzie się da. Panowie importerzy już od 13 lat wiemy, że dajecie najdłuższą gwarancję na rynku dlatego uważam, że jedna nalepka wystarczy :) Dziękuję za poświęcony czas i zapraszam do obejrzenia zdjęć!

Na zakończenie chciałem serdecznie podziękować firmie Kia Grupa Polmotor ze Szczecina za udostępnienie Stingera do testów.

Artur Rojewski

"Maszyna do leczenia"

Powrót do bloga

Polub mnie

Uwaga! Niniejsza strona ma charakter wyłącznie informacyjny, nie promuje żadnego stylu jazdy i nie ma charakteru szkoleniowego. Wszystkie samochody, których dotyczą opisy i zdjęcia zamieszczone na tej stronie są użytkowane zgodnie z przepisami ruchu drogowego i z zachowaniem najwyższych środków bezpieczeństwa tak aby nie wyrządzić nikomu żadnej szkody na drodze. Autor bloga nie ponosi odpowiedzialności za innych użytkowników dróg, którzy w sposób niezgodny z przepisami ruchu drogowego lub z narażeniem zdrowia i życia innych będą użytkować pojazdy na drogach publicznych i poza nimi.

Nie wyrażam zgody na kopiowanie zdjęć samochodów, treści wpisów zamieszczonych na ich temat, a także ich dalszą publikację. Wszystkie zdjęcia i artykuły zostały stworzone przeze mnie i stanowią moją własność. Dziękuję za zrozumienie :)